czwartek, 2 lipca 2015

Rozdział III -----> „Powrót”

  


           Otworzył oczy i zobaczył wszechogarniającą biel. Raziła go swoją intensywnością, zmuszając do zmrużenia powiek.
Czuł, jak jego ciało przeszył nieprzyjemny dreszcz. Od czubka głowy, aż po same koniuszki palców u rąk i nóg.

      Gdzie jestem…? – pomyślał i bezwiednie spróbował się poruszyć, lecz jego członki były niczym z kamienia. Miał niejasne wrażenie,
że nimi poruszał jednak nieważne, jak bardzo starał się oderwać ramiona od podłoża ciało i tak nie chciało go słuchać. Niemniej złudzenie było na tyle realistyczne, że dawało mu poczucie nieistniejącej swobody.

      Kim jestem...?
Czuł twardość ziemi, na której leżał, mrowienie ścierpniętych od bezruchu kończyn, promienie słońca i powiewy ciepłego wiatru na skórze. Miał pewność, że coś było nie tak, że powinien móc swobodnie się poruszać, a także widzieć otaczający go świat. Ogarnął go niepokój. Sfrustrowany własną niemocą zebrał wszystkie siły i spróbował jeszcze raz poderwać ciało, by usiąść – na marne.
      Co się dzieje...?
Począł się zastanawiać, cóż za przerażająca siła utrzymywała go w tamtym miejscu, gdziekolwiek ono było. Głowę wypełniło mu zaraz mnóstwo innych pytań, na które nijak nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Jak się tam dostał? Co było za nim się tam znalazł?
Co robił? Gdzie był? Dokąd zmierzał? Jaki miał cel w życiu?
Czy właściwie miał jakiś cel? Czy… Czy był człowiekiem?
Skąd przypuszczenie, że kiedykolwiek nim był? Kim są ludzie?
Jak wyglądają? Jak się zachowują? Istnieją chociaż? Kim on był?

Zacisnął kurczowo powieki, kiedy poczuł pulsujący ból głowy,
który zdawał się przeszywać jego czaszkę na wskroś.

      Człowiek? Nieczłowiek? Kim jestem...?
Usłyszał to, kiedy ból stawał się nie do zniesienia. Znajome głosy, gdzieś nieopodal. Chciał spojrzeć w tamtą stronę,
jednakże zapomniał, że nie mógł się ruszyć i próba odwrócenia głowy ponownie spełzła na niczym.

      -Karin, chodź szybko! On się budzi!
Karin? Znał to imię. Nie wiedzieć czemu nagle wezbrała w nim dziwna, nieokiełznana złość i żądza mordu, które go zaskoczyły. Mimo, że nie pamiętał, kim była kobieta nazwana tym mianem, wiedział, że był na nią wściekły i bardzo chciałby wyrządzić jej krzywdę. Nie wiedział tylko, dlaczego? W odpowiedzi usłyszał piskliwy głos, który niezwykle drażnił jego zmysły. W bardzo negatywnym znaczeniu, rzecz jasna, i dałby wiele, by dziewczyna po prostu zamilkła i nie odzywała się już więcej.
      - Pierdolisz?! To niemożliwe! Jego chakra wciąż jest na tym samym poziomie…
Odzew padł początkowo z daleka, ale po natężeniu dźwięku wywnioskował, że kobieta musiała szybko do niego podejść,
bo słyszał ją coraz wyraźniej. Zarejestrował jakieś brzmienie, coś, jakby szelest i trzask. Przypominało mu to liście i gałęzie. Czyżby byli w lesie…?

Nie pamiętał nic z tego, co robił przedtem, więc nie potrafił stwierdzić z jakiego powodu znalazł się w tak specyficznym miejscu, z dziwnie znajomymi, a jednak obcymi ludźmi. To także go frustrowało. Potrzebował czegokolwiek, czego mógłby się uchwycić. Czegoś więcej niż należącego do kogoś tonu głosu, co przywołałoby jakieś konkretne wspomnienia. Zupełna pustka w głowie stawała się nie do zniesienia.
Zaraz poczuł dotyk na skórze. Bardzo chciał się skrzywić i odsunąć głowę ale wciąż pozostawał unieruchomiony.
      - Sasuke mrugał - usprawiedliwił się ten, co odezwał się chwilę temu. W odpowiedzi padło ciężkie westchnienie.
      -No jasne, że mrugał, głąbie jeden! Przecież nie jest całkiem sparaliżowany, jak inaczej by oddychał? Motoryka wewnętrzna organizmu pozostała przecież bez zmian.
      Znam skądś to imię – pomyślał. Sasuke. Kim jest Sasuke?
 Nie dawało mu ono spokoju. Było dziwnie osobliwe i znajome. Kojarzyło mu się z wieloma emocjami i uczuciami. Z ciężarem podjętych decyzji. Było niczym cierniste brzemię. Nie chciał go. Instynktownie wolał odsunąć je wraz z jego znaczeniem daleko od siebie.
      - Ale nie obudzi się, co? – upewnił się mężczyzna.
      - Nie powinien. Wstrzyknęłam mu podwójną dawkę – zapewniła go kobieta.
Nie rozumiał, co i komu wstrzyknęli, choć ciągle towarzyszyło mu takie dziwne przeświadczenie, że właśnie mówiono o nim.
Zapadło milczenie, lecz krótkie. Usłyszał szelest ubrań i zaskoczony syk Karin.

      - Suigetsu, co ty wyprawiasz?!
Domyślił się, że to imię należące do pierwszego głosu. Nie wychwycił, by w pobliżu pojawił się ktoś jeszcze.
      - Na pewno nie to, o czym myślisz, głupia! – odparł równie cicho Suigetsu, a następnie dodał - Słuchaj… Nie zastanawiałaś się nad tym, by… No wiesz. Skończyć to póki jest okazja?
Prychnięcie. Krótkie i ostre, pełne nieskrywanej pogardy.
Od razu wiedział, że należało ono do dziewczyny.

      - Jasne, że się zastanawiałam – odpowiedziała Karin. – I nie mam ochoty narażać życia, bo ten stary cap, Madara jest nieobliczalny! Tobie też nie radzę.
      Madara!
To słowo, jakby otworzyło jego pamięć. Napływ myśli i obrazów sprawił, że jęknął bezgłośnie. W myślach zacisnął dłonie w pięści, choć jego ciało nie poruszyło się, oczywiście, ani o milimetr. Przypomniał sobie wszystko. Ich pierwsze spotkanie, ostatnich siedem lat, a także to, co działo się, zanim poznał swego przodka. Wiedział już wszystko.
      Madara! – krzyczał w myślach. Więc to jego sprawka!
Zawsze wiedział, że Taka była bandą podstępnych gnid, ale nie sądził, że Madara użyłby ich, by się go pozbyć. Przecież wciąż powtarzał, że jest mu potrzebny, aby mógł się odrodzić – cokolwiek miało to oznaczać. Nie sądził, by zabicie go w czymkolwiek mu pomogło. Nie rozumiał, dlaczego tak nagle postanowił go usunąć. Być może dysponował jakimś ukrytym planem, o którym miał się dowiedzieć później. Nigdy nie potrafił do końca pojąć jego intencji,
jak chociażby powodu, dla którego obdarzył go taką mocą,
skoro mógł nią rozporządzać osobiście, wedle własnego uznania i bez żadnych ograniczeń. Nigdy nie pokładał w swoim przodku zaufania i traktował go po części, jak swojego dawnego mentora, Orochimaru – jako drogę do osiągnięcia określonego celu. Mimo to w pewnym sensie poczuł się zdradzony. Koniec końców należeli do tego samego klanu. Byli członkami jednej społeczności, nawet, jeśli ograniczała się ona już tylko do ich dwojga. Płynęła w nich przecież ta sama krew... Sasuke prychnął bezgłośnie, bo doskonale zdawał sobie sprawę, jakimi banialukami były te przekonania. Od dawna wiedział, że Uchiha to relikt przeszłości. Nie zasługiwali, aby żyć,
byli zbyt dumni, by umrzeć.  Zaprzeczyli swemu istnieniu na długo przed masakrą klanu i nic nie było w stanie tego zmienić. Jedyne, co płynęło wraz z ich krwią to obłuda i arogancja. Czego spodziewał się po Madarze? Ostatecznie także chciał go wykorzystać i musiał przyznać sam przed sobą, że był głupcem myśląc, iż uda mu się oszukać kogoś, kto chodził po świecie od kilku stuleci. Nawet, jeśli nie do końca żywy. Miał doświadczenie i rozwagę, której jemu brakowało. W tej potyczce przegrał z kretesem.

Spróbował uspokoić rozszalałe myśli i zastanowić się nad planem działania. Pamiętał, że Karin wstrzyknęła mu coś. Musiała to być jakaś trucizna paraliżująca układ nerwowy, a skoro był świadomy tego, co działo się dookoła, to albo dziewczyna coś sknociła, co było całkiem prawdopodobne, jeśli wziąć pod uwagę jej zdolności chemiczne, albo było to zamierzone. Znów tylko nie wiedział, dlaczego miałoby zależeć im na tym, by zachował możliwość odbierania zewnętrznych bodźców. Tortury wydawały się być bezsensownym pomysłem, skoro ewidentnie nie mógł się wysławiać. W ten sposób niczego by się od niego nie dowiedzieli. Z rezygnacją stwierdził, że nie pozostało mu nic innego, jak zaczekać, aż środek przestanie działać i wtedy pourywać im te tępe łby. Do tego czasu musiał zachować czujność i postarać się przynajmniej określić, dokąd właściwie mieli zamiar go zabrać. Postanowił także uznać dawnych towarzyszy, a przede wszystkim samego Madarę,
za wrogów.

      Uwielbiam, kiedy jesteś ogarnięty tą żądzą mordu, Sasuke…
Usłyszał kobiecy głos – tym razem w swoich myślach. Był on mniej irytujący, niż ten, który należał do Karin, choć gdyby miał wybór,
to także wolałby go nie słyszeć. Otaczająca go biel ustąpiła miejsca ponuremu grafitowi skał, rozświetlonemu przez migotliwe płomienie kaganków, które były rozmieszczone w różnych miejscach niewielkiej jaskini. Z ciemności wyłoniła się kobieta. Jej czarne, lśniące włosy związane były w długi do pasa warkocz,
który przerzuciła przez lewe ramię tak, by widać było wplecioną w niego i zawiązaną na końcu połyskującą, czerwoną wstążkę.
Stąpała powoli w powłóczystej, krwistoczerwonej szacie, przewiązanej w pasie czarną szarfą. W prawym ręku trzymała wielki, jak ona sama, kostur zwieńczony obusiecznym, zakrzywionym toporem. Jego brzegi ozdobione były reliefami dziwnych, nieznanych mu znaków – niby pismem, niby rysunkami. W jaskini rozbrzmiało ciche grzechotanie kościanych korali,
które zwisały z głowni przedmiotu i owinięte były luźno wokół jego trzonu.

Zamiast leżeć nieruchomo na niewidzialnym podłożu, Uchiha znów posiadał swobodę ruchu, choć wiedział, że była to jedynie iluzja wywołana przez ciemnowłosą.
      Nie przypominam sobie, bym cię wzywał, Badbh. (czyt. "bejw")*
Kobieta zaśmiała się, mrużąc przy tym kobaltowe oczy i odpowiedziała z pełną premedytacji bezczelnością.
      Nie przypominam sobie, bym musiała czekać specjalnie na twoje wezwanie.
Sasuke prychnął zirytowany całą sytuacją. Naprawdę tylko jej brakowało mu do pełni szczęścia.
      Przeciągasz strunę – ostrzegł ją. – Czego chcesz?
Ciemnooka wzruszyła ramionami.
      Wyczułam, że masz kłopoty, więc chciałam sprawdzić, co się dzieje. Pomaganie ci w takich sytuacjach to przecież jedno z ustaleń naszego paktu, Uchiha-sama.
Nawet z całą mocą, którą posiadała Badbh, jako demon, wiedział,
że nie była w stanie nic zdziałać w przypadku trucizny,
która paraliżowała jego ciało. Jedyne, co mogła zrobić, to stworzenie takiej właśnie iluzji wewnątrz umysłu Uchihy, by zapewnić mu złudzenie wolności.

      Musimy uzbroić się w cierpliwość - powiedział to bardziej do siebie, niż do niej. Mimo to kobieta przytaknęła mu skinieniem głowy i uśmiechnęła się ukontentowana. W jej spojrzeniu widać było dziką perwersję i coś jeszcze, coś o wiele bardziej mrocznego, niż żądza mordu. Czarnooki na ułamek sekundy stracił swoją rozmówczynię z zasięgu wzroku i zaraz potem poczuł jej dłonie na swoim torsie. Powoli sunęły w górę jego klatki piersiowej. Obejmowała go od tyłu. Oparła głowę w zagłębieniu jego ramienia, sunąc ustami wzdłuż szyi, a kiedy dotarła do płatka ucha,
tchnęła wprost w nie szeptem słowa przepełnione zmysłową obietnicą.

      A potem ich zabijemy… Powoli. Bardzo powoli. Chcę patrzeć,
jak ubywa im krwi. Chcę widzieć, jak uchodzi z nich życie.

Tym razem to czarnowłosy przytaknął skinieniem głowy.
Nie słyszał już głosów ani swoich dawnych podwładnych z Taki,
ani pełnych przyrzeczeń szeptów Badbh. Znów pochłaniała go ciemność. Uchwycił się ostatniej myśli, która przemknęła przez jego umysł.

      Jestem Uchiha Sasuke z Wioski Ukrytej w Liściach.
     Kiedy przestałem być człowiekiem...?



             
Gdzie go zostawimy? – zapytała bezradnie Karin i spojrzała na nieprzytomnego Uchihe, który leżał na ziemi, pod drzewem. Zrobili postój kilka kilometrów od Liścia, by zastanowić się, co robić dalej. Mimo, że dawka leku, który mu podała była podwójna, to wciąż monitorowała poziom jego chakry. Wolałaby nie być w swojej skórze, gdyby nagle odzyskał przytomność. Obawiała się tego równie mocno, co niechybnej w takim przypadku, śmierci. Chciała uwinąć się z tą robotą, jak najszybciej, zdać raport Madarze i wrócić do ich bazy, gdzie w końcu mogłaby zaszyć się w swoim pokoju i rzewnie opłakać stratę ukochanego.
      - Zostawmy go na głównym trakcie do Konohy – zasugerował Suigetsu, który siedział tak daleko od ich młodego przywódcy,
jak było to możliwe, jako że najmniej wierzył w chemiczne zdolności swojej towarzyszki.

      - Głupi jesteś czy co? – fuknęła rudowłosa. – Na pewno nie zauważą nas na głównej drodze!
      - No, chyba o to nam chodzi, żeby nas zauważono, tak? – warknął białowłosy.
      - Jego, nie nas! Jak niby stamtąd uciekniemy, kiedy nas dostrzegą? Poza tym, co jak znajdzie go ktoś spoza wioski? Pomyślałeś o tym w ogóle?! Lepiej idź i zrób to, co robi woda.
Wsiąknij gdzieś!

      - Zaraz ciebie wsiąknę, decho! – burknął w odpowiedzi.
      - Zazdrościsz mi, bo mam biust! Jestem genetycznie ulepszona!
Hōzuki  uśmiechnął się do koleżanki kpiąco i paskudnie zarazem.
      - Chyba upośledzona, bo to, co masz na torsie koło biustu nie leżało…
Na tę uwagę nawet siedzący nieopodal Uchihy Jūgo zaśmiał się cicho. Jednak opanował się szybko, odchrząknął i odezwał się poważnym już tonem, przerywając tym samym Karin, która gotowa była rzucić się na białowłosego z pięściami.
      - Uspokójcie się! To nie czas i miejsce na kłótnie. Musimy go zanieść do wioski i to jak najszybciej.
Zapadło milczenie. Towarzysze spojrzeli po sobie bezradnie.
Uzyskali od Madary informacje na temat pola siłowego strzegącego granic Konohy i wiedzieli doskonale, że nie dostaną się do wewnątrz tak po prostu, niespostrzeżenie. Musieli obmyślić inny plan, który nie zakładałby z góry, że będą ryzykować własnym życiem bardziej, niż to konieczne. Wkroczenie na teren wioski zdecydowanie odpadało.
Z drugiej strony nie mieli zbyt wielkiego pola manewru, jeśli chcieli, by mieszkańcy Liścia znaleźli Uchihe, nim ten zdąży się zbudzić i pozabijać wszystkich członków Taki.

      - Hej! – odezwał się nagle Hōzuki – to może zostawmy go po prostu na jakimś polu treningowym czy coś? Na pewno znajdzie go któryś z miejscowych, a dzięki temu, że ktoś z pewnością będzie tam używał chakry, Karin z łatwością zlokalizuje jakieś w dogodnym dla nas miejscu.
      - Co o tym sądzicie? – zapytała w końcu dziewczyna.
Jūgo wzruszył ramionami.
      - Jak dla mnie brzmi całkiem sensownie – zgodził się.
Rudowłosa przytaknęła mu skinieniem głowy i obdarzyła białowłosego spojrzeniem pełnym aprobaty. Nie często zdarzało się, aby przejawiał takie zaangażowanie w jakiejkolwiek sprawie,
a obmyślona przez niego strategia była tym, czego akurat Taka potrzebowała do działania.

Dziewczyna uśmiechnęła się triumfalnie, wstała z ziemi i otrzepała dłońmi spodenki z resztek leśnego podszycia.
      - No, to mamy plan, panowie!


            
Oddział shinobi przeprowadzał rutynowy patrol wokół terenu Wioski Ukrytej w Liściach, kiedy zaalarmowała ich obecność obcej chakry, na północnych terenach osady. Otrzymali od przełożonych rozkaz, by zbadać sytuację i w razie potrzeby wyeliminować zagrożenie. Czasy były niespokojne, a wojna wisiała w powietrzu. Czuł to każdy wojownik. Pod pozorem sielanki kryło się prawdziwe zagrożenie. Ruchy przetrzebionej organizacji Brzasku stały się jeszcze bardziej agresywne, a ich zamiary oczywiste. Korzystały z tego także inne, nieprzychylne im kraje. Władze wioski musiały uważać podwójnie na to, co działo się w obrębie osady i poza jej granicami. Tym bardziej, że po okolicznych lasach krążyło całe mnóstwo drobnych złodziejaszków i skrytobójców, gotowych unicestwić wskazany im cel za stosunkowo niewielką sumę pieniędzy. Shinobi zaniepokoili się, gdy źródło odczuwanej przez nich chakry zaczęło słabnąć i rozpraszać się. 
      - Oda, Noburo! Ryu, Taro! – zawołał przełożony oddziału, wskazując podwładnym na migi, by podążyli za dwoma z trzech oddalających się źródeł. Wojownicy bez słowa rozdzielili się, by każda z par mogła podążyć we wskazanym kierunku. – Aya, Yosuke!
Za mną!
Jedynie dowódca w raz z dwoma towarzyszami kontynuowali pościg, podążając w stronę polany, na której wyczuwali wcześniej największe źródło energii. Aya , która pochodziła z klanu 
Hyūga, uaktywniła swój Byakugan i poczęła śledzić przestrzeń przed nimi, by zawczasu wykryć ewentualne pułapki. Nic takiego jednak, jak na razie nie dostrzegała. Zaledwie mały, nieruchomy punkt.
      - Źródło chakry dokładnie na godzinie dwunastej. Nie porusza się. Nie dostrzegam też żadnej zasadzki – zaraportowała natychmiast.
Ktokolwiek się tam znajdował musiał być szkolonym shinobi. Rabusie nie posiadali takich pokładów mocy, o ile w ogóle jakieś mieli. Trójka shinobi w maskach dotarła w okolice polany, która na pierwszy rzut oka wydawała się być całkiem pusta. Aya wskazała towarzyszom coś naprzeciw nich. Niestety bez zdolności klanu 
Hyūga, mężczyźni niewiele mogli dostrzec w otaczającym ich zewsząd zmierzchu. Ich uwagę przykuł jednak jeden z trzech, dużych, drewnianych pali do ćwiczenia ciosów, znajdujący się na środku placu. Przed nim mężczyźni mogli zauważyć tylko jakiś niewyraźny kształt. Dowódca spojrzał na Hyūge, która przytaknęła skinieniem głowy. Tam właśnie znajdował się ich cel. Cała trójka wyciągnęła natychmiastowo broń i rozejrzała się nieufnie dookoła, by sprawdzić czy nie była to jakaś zasadzka. Postać przy palu mogła być tylko przynętą, choć nie wyglądała na iluzję, było już zbyt ciemno, by móc stwierdzić to na pewno.
      - Sprawdź teren jeszcze raz – polecił przywódca Ayi.
Kobieta ponownie uaktywniła swoje kekkei genkai, przeszukując uważnie spojrzeniem samo pole treningowe i las wokół niego w promieniu stu metrów. Po kilku minutach takiego rekonesansu przerwała w końcu panującą ciszę.
      - Pusto – potwierdziła półszeptem, potrząsając przy tym zrezygnowana głową. - Jest tylko ten tam i z pewnością nie jest to jakaś kopia. Nigdzie w pobliżu nie widzę też żadnych pułapek,
ani innych ludzi. Kimkolwiek byli ci, którzy znajdowali się tu wcześniej wygląda na to, że uciekli.
      - Co robimy, kapitanie? – zapytał Yosuke.
Mężczyzna zamyślił się, wpatrując się w przestrzeń przed sobą. Musiał dobrze przemyśleć decyzję czy wyjść tam tylko z dwójką ludzi i przeprowadzić rekonesans, czy poczekać na resztę oddziału.
Nie mógł i nie chciał niepotrzebnie narażać swoich podwładnych na niebezpieczeństwo. Co prawda Aya nie wykryła niczego przy pomocy Byakugan, jednak niewykluczone, że nieznajomi sprzed chwili, wiedząc, że siłą Konoha był głównie klan 
Hyūga,
mogli zastawić pułapkę, której ta zdolność, by nie wykryła.
Z drugiej strony góra wyraziła się jasno, że ich zadaniem było przeprowadzenie zwiadu, zbadanie, czym lub kim były owe źródła chakry i ewentualne ich unieszkodliwienie. Nie mieli więc innej możliwości, jak wyjść tam i przekonać się, czym było to coś, przymocowane do pala treningowego. Mężczyzna nakazał swoim ludziom na migi, by trzymali broń w pogotowiu i byli niezwykle ostrożni.
Shinobi wyszli ze schronienia, jakie zapewniała im leśna gęstwina.
      - Hej, ty! Podaj swoje nazwisko! - zawołał przywódca jednostki. Kiedy postać ani się nie odezwała, ani nie poruszyła się przez kilka następnych chwil, mężczyzna w kociej masce ANBU postanowił zawołać do nieznajomego jeszcze raz.
      - Hej, ty! Słyszysz?! Kazałem ci się przedstawić!
Po raz kolejny odpowiedziała mu cisza, więc skinął na swoich dwóch podwładnych i gestem wskazał, by zaszli tajemniczą postać z różnych stron. Shinobi przytaknęli na znak, że zrozumieli rozkaz i zaczęli okrążać nieznajomego z bronią gotową do ataku, by nie zostać przypadkiem zaskoczonym przez przeciwnika. W chwili,
gdy podeszli bliżej dostrzegli, że tajemniczy osobnik przywiązany był do pala za pomocą grubej liny, która krępowała jego ramiona. Dowódca jednostki zbliżył się do nieznajomego na długość ręki i dźgnął go ostrzem kunai w ramię. Ten jednak wciąż nie reagował. Wojownik postanowił więc sam odkryć tożsamość znajdującego się przed nim człowieka. Wyciągnął przed siebie dłoń i ostrożnie chwycił za kaptur, pod którym skryte było oblicze przybysza, po czym stanowczym ruchem zdjął go z jego głowy. Twarz intruza zakrywały częściowo gęste, czarne włosy, mimo to cała trójka go rozpoznała. Zaskoczeni odruchowo cofnęli się o krok do tyłu.
      - Biegnij do Hokage. Powiadom go o tym i każ sprowadzić medyka! - krzyknął dowódca do Yosuke, gdy już otrząsnął się z szoku.
      - Tak jest! - shinobi przytaknął skinieniem głowy, a następnie wykonał kilka pieczęci i zniknął w kłębach dymu.
      - Otruto go? – zapytała Aya, która przy pomocy swojego kekkei genkai widziała jedynie nikły płomień tlącej się wewnątrz przybyłego chakry. Przyjrzała się z zaciekawieniem czarnowłosemu mężczyźnie. Wydawał się jej niezwykle przystojny, mimo opinii, jaka roztaczała się na jego temat w świecie ninja. Dowódca rozejrzał się wokół. Jego uwagę przykuł mały, błyszczący przedmiot, który leżał w trawie nieopodal. Mężczyzna pochylił się, by go podnieść. Ową rzeczą okazała się być niewielka strzykawka z wciśniętym niemal całkowicie tłoczkiem i odrobiną jakiegoś ciemnego płynu w środku. Było zbyt ciemno, by dostrzec jego rzeczywisty kolor.
      - Nie - odpowiedział na zadane chwilę wcześniej, przez swoją rozmówczynię, pytanie. - Zdaje się, że ktoś go uśpił...


        Hokage-sama! Hokage-sama! - młody shinobi w zwierzęcej masce, która skrywała jego twarz, zmaterializował się w gabinecie przywódcy wioski, wołając z przejęciem jego tytuł. Każdy w osadzie wiedział bowiem o więziach łączących obecnego Kage Liścia z pewnymi osobami z jego przeszłości. Yosuke był młody, nowy w szeregach ANBU i liczył, że powiadamiając swojego przywódce o dokonanym przez jego oddział odkryciu wpłynie jakoś na swój przyszły awans. Bądź, co bądź nie co dzień znajduje się tak kluczową dla wioski postać, porzuconą pośrodku pola treningowego. Zupełnie, jakby ktoś zrobił to celowo, by mogli go odnaleźć, jak najprędzej. - Hokage-sama!
Blondyn siedzący za biurkiem podniósł na niego zmęczone spojrzenie błękitnych oczu.
      - Dlaczego tak krzyczysz? Pali się gdzieś? - zapytał dość niemrawo. Widać musiał zostać zbudzony w chwili, gdy młody wojownik podniósł głos. Wszędzie dookoła walały się sterty papierów. Niektóre z nich groziły zawaleniem pod własnym ciężarem i rozsypaniem się na, i tak już zaśmieconej, podłodze.
      - Gorzej, Hokage-sama! - zawołał Yosuke. – Prawdopodobnie pochwyciliśmy człowieka o statusie missing ninja, Uchiha Sasuke! Dokładna weryfikacja okazała się być niemożliwa. Mamy za mało danych o zbiegu.
Uzumaki poderwał się z miejsca, rozbudzając się w jednej chwili.
      - Co takiego?! Jak?! Gdzie?!
      - Za wioską, w pobliżu pola treningowego numer siedem. Dowódca oddziału kazał mi powiadomić cię o tym, czcigodny Hokage i sprowadzić medyka. Osobnik był związany i nieprzytomny - zaraportował.
Ogniste serce Naruto wywinęło salto na samą wzmiankę o przyjacielu z dawnych lat, a jego oczy zapłonęły determinacją. Zerwał się zza biurka, rozrzucając przy tym pozostające w nieładzie dokumenty. Jedna ze stert posypała się na podłogę. Mężczyzna nie zwrócił na to uwagi. Gorączkowo myślał nad tym, co zrobić dalej. Musiał się spieszyć, nim rada i starszyzna dowiedzą się o obecności Uchihy na terenie wioski. Wtedy nijak nie będzie miał możliwości umieszczenia dawnego przyjaciela w dogodnym dla siebie miejscu. Przede wszystkim – bardziej niż przed radą i starszyzną – musiał go ukryć przed pewną kobietą, której pięść i temperament były słynne w całym świecie shinobi.
       - Idź do szpitala i znajdź medyka. Chociaż nie, czekaj! W szpitalu będzie Sakura – myślał na głos – jak się o nim dowie, to rozpęta tu koleją Wielką Wojnę Ninja. Znajdź medyka, ale omijaj szpital szerokim łukiem. Najlepiej sprowadź kogoś, kto ma teraz wolne,
z domu. Kogokolwiek, byle nie Haruno Sakurę. Jak już znajdziesz lekarza, to przyprowadź go na miejsce, byle migiem! To po pierwsze. Po drugie: zachowaj wszystko w ścisłej tajemnicy. Nikt na razie nie może się dowiedzieć o sprawie, a już szczególnie masz zakaz mówienia czegokolwiek na ten temat Haruno-san, rozumiesz?
Yosuke potaknął skinieniem głowy.
      - Tak, Hokage-sama!
      - No, to co tu jeszcze robisz? Migiem po medyka!- zarządził Naruto, odczekał kilka chwil, póki jego podwładny nie zniknął,
po czym biegiem opuścił swój gabinet.
Nie mógł uwierzyć, że zatrzymali nieuchwytnego Uchihe! Próbował sprowadzić go do wioski latami i zawsze był o krok za nim. Kiedy łapał jakiś trop i przybywał na miejsce okazywało się, że owszem, Uchiha tam przebywał, ale już dawno opuścił tamto miejsce i nikt nie wiedział dokąd się udał. Znajdywali się nawet tacy, którzy twierdzili, że nie żył, że widzieli to na własne oczy, a następnie zrezygnowany trafiał na ludzi, mówiących coś zupełnie odwrotnego i kierowali go jakimiś fałszywymi tropami do miejsc, gdzie nigdy o nim nie słyszano. I tak przez lata, aż w końcu w wyniku pewnych wydarzeń porzucił poszukiwania i wrócił do wioski. A teraz tak nagle, po tak długim czasie on pojawił się dosłownie znikąd. Zapowiadały się kolejne kłopoty, a przecież zaczynało być już tak spokojnie!
       Masz tupet, Uchiha, by wracać tu akurat teraz! - pomyślał.
Jako Hokage Naruto miał swoje obowiązki. Oczywiście Uchiha był niegdyś jego przyjacielem i chyba, jak nikt inny na świecie pragnął, by Sasuke wrócił do domu. Problem polegał na tym, że już nie był dzieciakiem żyjącym mrzonkami, a dorosłym mężczyzną. W dodatku piastującym poważną funkcję! Na pierwszym miejscu były zasady i protokoły, dopiero później jego dobra wola. Uchiha miał status missing ninja, był poszukiwany listami gończymi, a w wielu miejscach, w tym na terenie Kraju Ognia, shinobi mieli nakaz najpierw go zabić, a dopiero później zadawać pytania. Oddział ANBU, który go pochwycił powinien był z miejsca wykonać wyrok śmierci na zdrajcy. Jakie to szczęście, że dowódca grupy wpierw przysłał jednego ze swoich ludzi do niego, nim zdecydował się podjąć jakiekolwiek działania!
Naruto zastanawiał się także, co Uchiha robił w pobliżu wioski.
Nie wierzył przecież, by ten skruszony chciał powrócić do rodzinnego domu i naprawić wyrządzone przez siebie krzywdy.
To nie było w jego stylu. Nie należał do ludzi, którzy powracają w blasku chwały, ani tych marnotrawnych, którzy przychodzą,
by odpokutować za stare grzechy, przeprosić bliskich i osiedlić się z powrotem w dawnym domu, by móc wieść spokojne i dostatnie życie oraz założyć rodzinę. Nie. Sasuke, według opinii Naruto,
należał raczej do typu włóczykija, który nigdzie nie potrafił zagrzać sobie miejsca zbyt długo. Zawsze gnany przez jakieś nieznane innym demony lubił pojawiać się to tu, to tam, a następnie znikać na całe miesiące. Przynajmniej takie odniósł wrażenie podczas swojej własnej podróży, w którą wyruszył, by sprowadzić przyjaciela z powrotem do Konoha. Pojawiał się, a później znikał, jakby te zniknięcia sprawiały, że jego serce nieco się uspokajało. Było to także jedną z przyczyn, choć nie najważniejszą, dla których zaprzestał swoich poszukiwań.
Ważny był także fakt, że znaleziono go nieprzytomnego i związanego, więc blondyn poważnie zaczął się zastanawiać,
kto mógł być na tyle silny, by doprowadzić czarnowłosego do takiego stanu. Przypuszczał, że oboje byli na podobnym poziomie po tylu latach treningu, więc pokonanie go powinno sprawiać nie lada trudności. Nie podobała mu się cała sytuacja. Miał naprawdę złe przeczucia. Obawiał się, że być może pojawił się nowy wróg,
kolejne zagrożenie, któremu trzeba będzie stawić czoła.
Odpowiedzi na dręczące go pytania, niestety, znał tylko sam Uchiha.



            Yosuke, nim udał się na poszukiwanie lekarza,
jak nakazał mu to Hokage, postanowił odwiedzić po drodze jeszcze jedno miejsce. Przemknął więc przez dach budynku, który znajdował się obok siedziby Kage, a następnie nie schodząc na ulicę podążył na północny-wschód. Po kilku minutach takiego biegu zeskoczył na ziemię tuż przed lokum Rady. Pospiesznie wszedł do środka. Energicznym krokiem przemierzał korytarze, kierując się w stronę pomieszczenia, gdzie obradowali członkowie Starszyzny. Nie miał zamiaru wypuścić z rąk okazji na awans. Skręcił w kolejny korytarz i zatrzymał się przy drzwiach, których pilnowało dwóch strażników.
      - Ja do czcigodnego Shimura Danzō. Mam ważne informacje.
Jeden z ludzi pilnujących przejścia zmierzył Yosuke nieprzychylnym spojrzeniem, po chwili jednak odwrócił się, zapukał i wszedł do pomieszczenia. Kilka minut później ponownie pojawił się przed drzwiami i skinął na młodego shinobi, mówiąc:
      - Możesz wejść, Shimura-sama przyjmie cię.
Mężczyzna nie zwlekając ani chwili dłużej ruszył przed siebie,
jednak zatrzymał go drugi strażnik, który zagrodził mu drogę ramieniem.
      - Zdejmij maskę, nim wejdziesz do środka – nakazał.
Chcąc nie chcąc ninja zdjął osłonę z twarzy, ukazując piwne oczy, brązowe włosy, których grzywka natychmiast opadła mu na czoło i regularne, choć pospolite rysy. Stróż cofnął rękę, pozwalając tym samym młodemu ninja przejść. Piwnooki wszedł do pokoju, kłaniając się siedzącemu za biurkiem, starszemu mężczyźnie.
      - Jestem wdzięczny, że czcigodny Shimura-sama poświęca mi swój czas... – mówiąc to Yosuke skłonił się jeszcze głębiej.
      - Do rzeczy. Co to za informacje? - przerwał mu Danzō, zniecierpliwionym tonem.
      - Podczas patrolu pochwyciliśmy shinobi o statusie missing ninja, Uchiha Sasuke. Był nieprzytomny i przywiązany do pala pośrodku pola treningowego numer siedem. Powiadomiłem już o tym szacownego Hokage, ale pomyślałem, że czcigodny Danzō-sama także chciałby o tym wiedzieć, więc niezwłocznie przybyłem przekazać tą nowinę.
Czarnowłosy pogładził się dłonią po podbródku, przyglądając się uważnie młodemu wojownikowi.
      - Tak, masz rację, to bardzo cenna wiadomość. Powiedz mi,
jak cię zwą?
      - Ogata Yosuke, proszę pana.
      - Bardzo dobrze zrobiłeś, Yosuke – oznajmił w końcu starzec. – A teraz powiedz mi, czego byś chciał w zamian za tą informację,
bo zgaduję, że nie zrobiłeś tego bezinteresownie, prawda?
W piwnych oczach Ogaty przez chwilę błysnął cień satysfakcji. Pomyślał jednak, że zażyczenie sobie w takiej chwili awansu byłoby zbyt śmiałe, więc postanowił, że wypracowanie dobrej opinii o sobie u wysoko postawionego członka rady będzie wystarczającą zapłatą i otworzy mu drzwi prowadzące do wyższego stanowiska.
      - Nie chcę niczego, Shimura-sama. Robię to dla bezpieczeństwa wioski.
Danzo pokiwał głową z uznaniem i stwierdził, że ten młokos może jeszcze się do czegoś przydać. Od zawsze brakowało mu ludzi do pracy, a taka wtyczka w oddziałach ANBU, które podlegały wyłącznej jurysdykcji tego gołowąsa, Uzumakiego mogłaby być dla niego bardzo pomocna.
      - W takim razie mam dla ciebie pewną propozycję, Ogata.
Co powiesz na pracę dla mnie, w szeregach Korzenia?
Brunet ukłonił się zdawkowo.
      - To byłby dla mnie zaszczyt!
Członek starszyzny uśmiechnął się kpiąco, kiedy dostrzegł entuzjazm shinobi.
      - Świetnie! Jakie były rozkazy Hokage?
      - Nakazał mi sprowadzenie medyka dla pojmanego i utrzymanie sprawy w ścisłej tajemnicy – odpowiedział.
      - Dobrze. Wykonaj to zadanie, lecz miej oczy dookoła głowy.
Chcę wiedzieć o wszystkim, co dotyczy Uchihy.
      - Tak jest, Shimura-sama!
      - Możesz już odejść - odpowiedział czarnooki po chwili milczenia. Shinobi przytaknął skinieniem głowy i ukłonił się, po czym opuścił gabinet starca. Danzō krzyknął na jednego ze strażników, który po chwili wszedł do pomieszczenia. Z nieprzeniknioną miną wydał polecenie.
      - Niech któryś z chłopców pilnuje tego, co tu przed chwilą był. Będzie zbierać dla mnie informacje ale, jeśli zacznie coś kombinować macie go natychmiast uciszyć. Byle skutecznie. I natychmiast przyślij do mnie Sai'a. Mam dla niego zadanie.
Ninja potaknął na znak, że zrozumiał polecenie.
      - Tak jest, panie! – odpowiedział i zniknął za drzwiami gabinetu.
      - Ciekawe, bardzo ciekawe – mruknął do siebie Danzō i oczekując na pojawienie się Sai’a powrócił do przerwanej pracy. – Co ty znowu planujesz, Madara…?





_________________________________________________________

Jak już myślę, że skończyłam rozdział, to zawsze musi wpaść mi do głowy jakiś błyskotliwy pomysł i zaczynam wtedy pisać, i poprawiać, i końca tego nie widać, ale w końcu się pojawił. Postanowiłam spiąć trochę poślady i publikować częściej. Wiem, że wszyscy czekacie na SasuSaku i obiecuję, że już niebawem będzie i to takie, że mucha nie siada! Postaram się Was nie rozczarować! A tak w ogóle, jak rozdział? Jakieś uwagi? Coś o przecinkach? (Nie cierpię ich!) Jestem natchniona, więc biorę się za kolejny post, bye!



Badbh
*Badbh - Irlandzka bogini wojny. Często przyjmowała postać kruka lub padlinożernej wrony, nazywana była przez to Badb Catha, czyli "Bitewnym Krukiem". Nie tylko sama brała udział w bitwach, ale też wpływała na walczących, mieszając szyki wojownikom swą magią. Pole bitewne często było nazywane "ziemią Badb". Zarówno Badb, jak i Badbh jest poprawnym zapisem i oznacza kruka, a różnica kryje się w wymowie. Badbh czyta się, jako "bejw". W opowiadaniu bogini będzie figurowała, jako demon umieszczony w Sasuke przez Madarę w celu zwiększenia jego mocy. Bliżej zapoznacie się z tą uroczą panią w następnym rozdziale.